niedziela, 16 października 2016

KUCHNIA FELEK : majonez jakby kielecki

Więc najpierw porwałam się na twaróg. Robi się już po raz chyba trzydziesty - jutro przylatuje do nas Dziadzia (czyli mój tato) i chcę mu przynajmniej oszczędzić (na tyle na ile to możliwe) szoku kulinarnego (bo kulturowego to mu nie oszczędzę).

poniedziałek, 12 września 2016

UCIECZKA-WYCIECZKA : BALI I GILI AIR


Pokarało mnie za te "wojaże" zagramaniczne. Leżę na ziemi, bo ..z hamaka spadłam. A zastanawiałam się, czemu u licha tak nisko jest zawieszony, skoro w ubiegły weekend zawiesiliśmy go tak w sam raz. (po roku!! leżakowania w szafie.). No ale (mówię), jakbym tak miała spaść (bo zawiesiłam na hakach tym razem, nie na sznurze bezpośrednio, i to była próba generalna) to lepiej przecież niżej No i masz.

Poprzednio pokarało mnie na Bali (a raczej Gili, Gili Air, rzut beretem od Bali), bo sobie wypożyczyliśmy maskę z rułą i płetwami, i jak tak sobie pływałam gapiąc się pod wodę - zachwycona!!! - to dostałam elektrycznego buziaka w wodzie, najpierw w ramię, potem przy następnym podejściu w same ust korale! Od ..meduzy jakiejś, niewidocznej małpy. Buziak iście naładowany, emocjami i ładunkiem elektrycznym zarazem. Wyskoczyłam z wody jak oparzona (bo byłam oparzona, jakby nie patrzeć), jak już w końcu  dotarłam do brzegu haratając przez ostatnie 7 minut brzuchem o podwodne przybrzeżne skałki.

No bo właśnie. Zdecydowaliśmy się najpierw na Bali, a zaraz potem na Gili Air - obie wyspy jednocześnie, tzn.podczas jednych wakacji mając w planie zobaczyć. Mam wrażenie, że z braku odpowiedniej ilości czasu no i ponieważ jednak podróżujemy z Juniorem, każdy zakątek ledwo liżemy i już nas nie ma. Tak też było na Bali. 
Spędziliśmy tam tylko kilka (parę?) dni i trzeba było się zwijać, na Gili. 
Na Bali zdecydowaliśmy się zakotwiczyć w Ubud, które - jak czytałam - stanowi doskonałą bazę do zwiedzania wyspy Bali. Nasz hotel był piękny. Nic z 5* nowoczesnych klimatów, ale taki heritage, pełen figurek, kutych i drewnianych ręcznie robionych mebli, różnistych staroci, strumyczków, zieleni, przestrzeni, książek, spokoju, ach! Polecam - Murni's House. Cena wcale wcale. Zwłaszcza w stosunku do tego co dostajesz, czujesz i widzisz. A w cenie również 20-minutowy balijski masaż dla każdej dorosłej osoby! 
Chodził nam po głowie wulkan - i oczywiście na tym poprzestał, bo przecież z Fi nie wstaniemy o 2 w nocy, by jechać 2 godziny i kolejne 3 się wspinać na wulkan, żeby zdążyć na wschód Słońca.. Za to mój kochany małżonek zaproponował, byśmy wykupili "downhill bicycle trek" - a ja w swym szaleństwie poczytałam jeszcze opinie, i pomysł czym prędzej zatwierdziłam. Po 22:00 w nocy pisałam do gościa, czy jeszcze możemy, i czy ma fotelik rowerowy dla naszej młodzieży. Dostaliśmy odpowiedź w nocy i rano o 8:00 czekaliśmy już po śniadaniu przed hotelem. 

Zabrano nas autem w górę, jechaliśmy tam jakieś 1,5-2 godziny, a po drodze zaliczyliśmy śniadanie z widokiem na wulkan! i degustację kaw i herbat - podobało się każdemu, M.był wniebowzięty próbując kawy z obsikiwanych przez nie pamiętam jakie zwierzę ziarenek, a Fi - wybierając swoje ulubione herbaty spośród 6 lub 7 postawionych przed nami filiżaneczek. W końcu dostaliśmy swoje bicykle, i kaski, i mogliśmy ruszać. 
Cała wycieczka była super fajna, nie podobało mi się tylko jedno. Po drodze mijaliśmy tyle fajnych miejsc, w których chciałby się człowiek zatrzymać choćby na minutę, jednak była zarządzona akcja w dół, więc żeby nie zginąć, ani nie blokować ekipy, trzeba mi było kombinować - jak tu zrobić zdjęcie telefonem w "biegu" i to tak żeby mi nie wypadł, a drogi przecież wyboiste ! Mijaliśmy pola ryżowe (choć na pewno są też piękniejsze niż te, które my widzieliśmy), wioski, lasy, kameralne cmentarzyki, kaczki, drogi, i świątynie - a tych po prostu bez liku! przewodnik powiedział, że każda rodzina (joint family - rodzina łączona, poszerzona) ma swoją  przydomową świątynię. Tak był malowniczo na tych wioskach! 
A do tego 2 dni później miało na Bali być jakieś ważne cykliczne święto, więc wszędzie roiło się od ludzi montujących różne kolorowe ozdoby na słupach, lub na długich patykach. 
Wycieczka zakończyła się lunchem w domu szefa organizatora wycieczki, pysznym, i nieograniczonym w ilości. Mniam. 
W Ubud skusiliśmy się też na przedstawienie - pokaz tańca balijskiego. Było bardzo ciekawe i kolorowe, pełne dobrej muzyki - poza tym, że M.musiał kilka razy z Fi wychodzić, bo jednak mało który niespełna 3-latek marzy sobie o tym, by siedzieć w jednym miejscu godzinę czy półtorej. Więc za to, że wysiedział pół godziny bez przerwy, klaskając z zadowoleniem po każdym tańcu, powinnam chyba skoczyć do kościoła.


Kolejną wysepką była Gili Air.. Dość dzika, dość mała, wokół żadnych na szczęście wielkich hoteli, można było za to wybierać i przebierać w noclegach w domkach a la kempingowych, małych hotelikach, lub, jak podejrzewam, pokojach "u lokalsów".







My pojechaliśmy tam w ciemno, więc zostawiłam chłopaków gdzieś niedaleko plaży, czy też "centrum", gdzie przypływają promy, a sama poszłam na rekonesans. Przeszłam wybrzeżem w  upale nieziemskim pół wyspy, i zajęło mi to więcej czasu niż się spodziewałam. W końcu udało się coś wybrać, a był to "kompleks" domków na samiuśkiej północy wyspy.
Dotarliśmy tam z manelami skromnym wozem zaprzęgniętym w koniki, bo nic innego tam nie jeździ (poza rowerami). Nie było tam może żadnego basenu, ale za to plaża... ach! ta plaża. Niezbyt popularna (bo odległa od "centrum") miejscówka sprawiała, że nie było tłoków, a położenie na samej północy powodowało że zachody słońca spędzane na plaży były cudne, magiczne i w ogóle ojejku. A kiedy poszło się wybrzeżem w lewo, można było obejść całą wysepkę. Lub objechać na wypożyczonych rowerach (choć miejscami nie było łatwo).

Odpoczęliśmy sobie przez kilka dni, i przy okazji w romantycznych okolicznościach przyrody, tj.w ustawionym na plaży namiocie przykrytym białym zwiewnym zadaszeniem, zjedliśmy jedną z najlepszych pod słońcem rybek (chyba to była barakuda) z pieczonymi ziemniakami.

Woda była przecudna, plaża przyjazna małym dzieciom, fal praktycznie żadnych. 

    '

Pod koniec pobytu przenieśliśmy się (już na własnych nogach) do małego hoteliku z basenem, żeby mieć bliżej do promu, żeby zaznać baseniku, i żeby mieć bliżej do tamtejszej (zupełnie nie podobnej do naszej) cyzilizacji. Wtedy też udało nam się wypożyczyć zestaw do snorklingu, z którego korzystaliśmy na zmianę. Widziałam zapierające dech w piersiach podwodne urwiska, i przecudne ryby. Nie chciało mi się wracać na brzeg. Ale pewna meduza (lub stado meduz) zarządziła inaczej, i tak mnie pokłuła, że uciekałam gdzie pieprz rośnie, obawiając się że zaraz czeka mnie niechybnie jakiś paraliż.
Polecam wysepkę (nawet z małym dzieckiem) tym z Was, którzy nie potrzebują do szczęścia luksusów, i podróżując po Bali zamarzą o jakimś szybkim wypadzie w dzicz. Muszę jeszcze tylko odszukać zdjęcia, by wpis stał się bardziej kompletny i zachęcający :)





                                     




















sobota, 20 sierpnia 2016

UCIECZKA-WYCIECZKA - TIRUPATI (Indie)

Tirupati Temple, zdjęcie z internetu

A więc (nie zaczyna się zdania od "a więc"!) od jakiegoś czasu chyba nie przepadam za spontanicznymi zrywami wycieczkowymi, czy to wakacje, czy weekend (ale nadal uwielbiam nieplanowane wyjścia na plażę, na ulicę (szaleństwo!), na basen (choćby po to, by sprawdzić, czy znów jest czysty), na zakupy (nie ma to jak wypad po ziemniaki.. ok, dość żartów, tu mam na myśli raczej zakupy w wydaniu europejskim:)), na koncert /w normalnym kraju, czy na piwo /też w normalnym.. ). Tutaj jednak rozwala mnie system.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Moja ŻONA! wynalazki plażowe dla dzieci.


Dziecko nasze nazywa mnie "moja żona ma famme". Chociaż dzisiaj uparł się, że "moja żona Asia" (a Asia to moja siostra, także tego..).  Mawia też "tata moris ciapati", "mama aneta idli mamusia". Ale o sobie złego słowa nie da powiedzieć, ooo co to to nie!
Do tego od wczoraj mówi : "Mamusia, żartujesz". I czasami sika na stojąco. 
Chyba czas się wybierać na tamten świat, ha!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

STOLICZKU NAKRYJ SIĘ - co jemy w Indiach

Co my, panie, tutaj jemy. No bo spyta o to każdy, kto usłyszał gdzieś szczątek prawdy, że tutaj w sklepach nie ma tego czy śmego, bez czego u nas mało która kuchnia istnieje.

Co jakiś czas, powiedzmy około raz w tygodniu, odwiedzam Hot Chips. Powiedziałabym, że to taki ichni McDonald, w każdym razie fast food na pewno. Ale jeśli chodzi o jedzenie to u nich wszystko fast foodem jest chyba. O ile jest już przez kogoś wcześniej wstępnie przygotowane ofkoz;)) Tam nabywam drogą kupna : albo naleśniki zwane Dosa (do tego tysiączek różnych sosów), albo placki Idli (towarzyszy im to co Dosie), albo też tzw.SPL czyli Special Meal, w skład którego wchodzi zawinięta w wielki liść bananowca tona czystego ryżu, i jakiś milion małych woreczków, a każdy z innym sosem, lub warzywami, lub też plackiem chapati, czy kefirem. To serwują po 12:30. I to je panocku całkiem spoko. Znaczy jest różnorodne i jakby się uprzeć najedzą się tym i dwie osoby.

Raz na powiedzmy 2 tygodnie zaliczamy restaurancję, najczęściej położoną jakieś 30 minut drogi samochodem od naszego gniazdka, przy plaży - więc łączymy jakże przyjemne z pożytecznym (a to pożyteczne też przyjemne, bo serwują tam mega pyszną rybę, najczęściej wybieramy Red Snappera). Właściwie to sama nie wiem, co jest tu przyjemne a co pożyteczne (przedpołudnie na plaży i morze nadające się do kąpieli w - uwaga - kostiumie kąpielowym, czy nadmorskie stoliczki pod zadaszonym słomą niebem, obłożone zdrowymi pysznościami)..

A w domu ostatnio zaszalałam, bo wypożyczyłam od koleżanki (polskiej, a mieszkającej niezbyt daleko) maszinkę do miętolenia mięsa! Wykupiłam pół sklepu z drobiem, i w ciągu ostatnich niespełna 2 tygodni zaliczyliśmy kotlety mielone, pierogi z mięsem, a wczoraj to nawet gołąbki! szaleństwo mówię wam. Oczywiście Fi zaliczył tylko pierwszą pozycję, no ale przyjdzie i na niego kiedyś czas. Hope so.


Robię też twaróg, jogurty naturalne, soki naturalne (z papai, pomarańczy, słodkich cytryn, marchewki, buraka, banana, czy co mi tam innego wpadnie w szpony), a wieczorami niemal codziennie jadamy (niestety?) bagietkę z odkrytą przez nas tutejszą wersją sera Cantal. Jadamy zupy (bez - chlip - korzenia pietruszki czy selera) i makarony, z warzywami lub drobiem. I o ile o tym pamiętam, to staram się czasami (zbyt rzadko, ale zmienię się!) kombinować z ciecierzycą, czy soczewicą. Ostatnio do tego eksperymentalnie zrobiłam kapustę kiszoną. Przyznam że wyszła całkiem niezła, choć mało kwaśna, ale jak się nie ma co się lubi..
Mo co dzień w pracy spożywa (..to samo..;)) różne (ale niezbyt się różniące) wersje potrawy z ryżu i kilku sosów, więc z ryżem w domu nie powinnam przesadzać, ale że mnie też go potrzeba, to czasami mąż mój dostaje w domu kolejną jego porcję, no bo co.
Radości i smutki zapijamy czasami (?) winem (baaaaaardzo rzadko, bo jest tu mega drogie i raczej niedobre, ale teraz zapasy zostały uzupełnione wizytą we Francji i Polsce i na Węgrzech więc jest sielanka ;)) lub Cuba Libre, czasami wjeżdża na stolik kawowy King Fisher, czyli tutejszy browar. A do tego woda-woda-woda! powinna być wypijana w ilościach nieskończonych, a jest wypijana jak sobie przypomnę, plus do każdej kolacji i śniadania.

Czasami zatrzymujemy się na ulicy, co by zakupić wodę kokosową (przysmak całej naszej trójki) lub cane sugar water czyli wodę z trzciny, pyszną ale ciut słodką. Z ulicą trzeba trochę uważać bo ostatnio nam się goście potruli (jeden gość) sokiem z ananasa. Nie wiem czy dodali do niego kostki lodu, czy po prostu blender był nie pierwszej czystości, niemniej położyło nam gościa na 2 dni do łóżka (i tak sporo leżał, ale jednak doszła do tego zajętość łazienki itp.. ;))

A na dzisiaj jeszcze niestety kompletnie nie mam pomysłu....
Poprosiłabym w tej sytuacji, żebyście mi coś prostego a pysznego podpowiedzieli, ale to mija się z celem, bo przecież to blog póki co prywatny i raczej baaardzo mało znany ;))
* chociaż jeśli ktoś tu jakimś sposobem zajrzał, to będzie mi miło ujrzeć jakiś wpis w odpowiedzi na zawołanie.. hmm.. idę przebierać nóżkami:)

piątek, 29 lipca 2016

SŁOWA, Słowa, słowa.. Ja mówię?


Dziecko me (które dziś tak baj de łej kończy 2 lata i osiem {jego ulubiona cyfra} miesięcy) dziś po raz pierwszy i to SAMO Z SIEBIE użyło słowa, którego nigdy wcześniej w domu nie słyszało ;)), a mianowicie IDEALNIE!!  Przy czym te wykrzykniki, to on, a nie ja, bo był to raczej radosny okrzyk, a nie ponure stwierdzenie faktu.

niedziela, 17 lipca 2016

Laba, laba, i po labie.. Witajcie Indie! Już jestem.

Polska.. fotki niemoje (choć jakże 'moje')
A więc 5 tygodni przebimbałam w Polsce, kraju truskawek sezonowych, botwinki oraz małosolnych ogórków. Czas wrócić. Jest 22:05 a ja właśnie dostałam Czas.
M. zasnął przed TV odpowiadając  mi chwilę wcześniej na jakąś moją zaczepkę : "teraz to ja przede wszystkim chcę dokończyć film". Tak powiedział - a potem zasnął. A ja nie pomogłam mu się obudzić, w rewanżu jakby. 
Tak więc mogę iść spać (przydałoby się, oj) a mogę też coś naskrobać. Poskrobmy więc!