poniedziałek, 29 czerwca 2020

LAKE TAHOE - kolejna szansa! Tym razem LATEM :)



Ponieważ wakacji ma w tym roku nie być (tak jak kiedyś teleranka - tylko z wakacjami to będzie mniejsze zaskoczenie), założyliśmy, że pozostają nam jeno okoliczne kempingi i tym podobne krótkie wypady po sąsiedzku. Marzyłby nam się wypad długi, taki długi jak stąd do Meksyku (chociażby), ale podróże, nawet  pomiędzy stanami, nie są nadal tak łatwe jakby się chciało. Słyszałam, że niektóre stany wprowadzają właśnie dwutygodniową kwarantannę dla osób spoza danego stanu. 

Nie chcę nawet przez sekundę myśleć o tym, że być może nie uda się pojeździć po innych stanach! Skoro już musimy przełknąć, że nie będzie nam dana Ameryka Południowa.. No cóż, podróżowanie w dzisiejszych czasach należy rozpatrywać przez podwójny pryzmat bezpieczeństwa, a to je "trochę" utrudnia.

W ostatni weekend, po długim okresie samowolnej kwarantanny i nie spotykania się z nikim, zaryzykowaliśmy, i na zarezerwowany przez nas kemping "wpuściliśmy" (poprzez zaproszenie) kolegę męża mego, z pracy kolegę, fajnego - i z fajnym (fajnym, bo w wieku naszego dzieciaka) synkiem. Nie jest on co prawda spoza stanu, a tylko spoza naszego hrabstwa, ale jednak oddychają na co dzień innym powietrzem .. bardziej północnym? no, w każdym razie zwyczajnie innym niż nasze "domowe" powietrze. Chyba powinnam tu dopisać kilka słów wyjaśnienia: że od 4 miesięcy borykamy się z koronawirusem, i przebywanie zbyt blisko siebie w grupie osób spoza jednego gospodarstwa domowego może nie być do końca rozsądne. 

Nasi towarzysze to hiszpańska, otwarta i bardzo sympatyczna familia. Trochę szkoda, że pani domu zdecydowała się w ostatniej chwili odpocząć od swoich chłopaków w pieleszach domowych i nie dołączyła. 

Zabraliśmy dziecku rower, drugie dziecko też rower miało - i to była super decyzja, bo jazdy na rowerze po kempingu dawały im dużo frajdy i zajmowały sporo czasu, dzięki czemu ... rodzice mogli zebrać myśli, a nawet - do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni - porozmawiać! 


Pojechaliśmy nad Jezioro Tahoe, pod namiot. Tyle się o nim (o Tahoe, nie o namiocie) nasłuchałam, naczytałam, że bardzo chciałam zobaczyć je znów i dać mu szansę na zakochanie (do którego nie doszło poprzednim razem, może ze względu na zimę, która była tak zimna i intensywna, że śnieg zasypał po uszy metalowe koniki na tamtejszych placach zabaw a ogromne sople sięgały niemal do ziemi - ale to już temat na inny post). Tym razem było zdecydowanie lato.


Mieliśmy plan, a jakże. Późną nocą przed wyjazdem wykupiłam na grouponie całodzienne wynajęcie dwóch kajaków, do tego mieliśmy coś w rodzaju pontonu - czekała nas więc przednia zabawa w krystalicznych wodach ogromnego jeziora. Poza tym w planie był hike (anglojęzyczne słowo "hike" polubiłam, a do tego nie ma równie fajnego tłumaczenia na polski - ale po naszemu są to wędrówki wśród natury), i zwiedzanie drugiej strony wybrzeża, podobno ładniejszej. Miałam gotowe notatki, wydruki rezerwacji, opisy plaż i szlaków, i w ogóle, i mimo że pakowanie manatek zajęło mi dużo więcej czasu niż zwykle, nie mogłam się doczekać tego "family getaway". Tych mini-wakacji.


Powitalny zestaw dokumentów na wjeździe na kemping - pamiętać o misiach, wszyściutko co ma zapach chować do "bear boxes", a jak już się na misia natkniecie, to .. mały poradnik.


Zanim jednak dotarliśmy na kemping, musieliśmy zaliczyć wypożyczalnię kajaków w South Tahoe, celem poczynienia niezbędnych rezerwacji. I tu zaczyna się nasze nieustające pasmo sukcesów..


Po pierwsze, po dojechaniu do wypożyczalni okazało się, że nasze kajaki trzeba sobie po prostu nad wodę dowieźć lub dowlec (jak kto woli). Od wody dzieliło nas przynajmniej ze 2-3 mile, a nasze kochane autko (na takie wypady jeździmy naszą CX9, jestem w niej jakby zakochana, przyznaję wstydliwie, i bardzo mi zmutno, że nie możemy jej zabrać ze sobą do domu..) jest tylko dokładnie takie, jakie jest, więc nie było szans na załadowanie nawet połowy kajaka. Obeszliśmy się smakiem.

Po drugie, nasze próby objechania połowy jeziora celem eksploracji plaż, spełzły na niczym, ponieważ tego dnia były straszne korki, a do tego nagle drogę zamknięto z powodu wypadku. Dojechaliśmy jakoś do pierwszej z plaż które chcieliśmy zaliczyć, Sand Harbor Beach, jednak z powodu "parking full" nie wpuszczono nas tam, więc zdecydowaliśmy się zawrócić i znaleźć miejsce do parkowania jak najbliżej tej plaży, i wrócić na nią na piechotę. Tak też uczyniliśmy. 

Tyle, że - i tu dochodzimy do "po trzecie": okazało się, że zaparkowaliśmy na nielegalu (max.20 minut parkowania - niestety nie zauważyliśmy tego znaku, a raczej .. znaczka), więc czeka nas $150 mandatu. 

Jakby tego było mało, mamy też "po czwarte"! po przejściu w upale prawie 2,5 mili z dzieckiem w jedną stronę, okazało się że na tę plażę nie można nie tyle wjechać samochodem, co nawet wejść "z ulicy" bez żadnego samochodu.. Także zostaliśmy odprawieni z kwitkiem. 

W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się na przypadkową, ale bardzo miłą miejscówkę zwaną "Emerald Cove", gdzie byliśmy praktycznie sami. Siedzieliśmy co prawda na głazach, a nie na piaseczku, ale za to na głazach w krystalicznie czystej (i bardzo zimnej) wodzie. 


 

 

 

 

 

 

 

 

Nasz 6-osobowy namiot, baaardzo pojemny i fajny, w sam raz dla naszej trójki - bardzo go lubię, choć stwierdzam, że brakuje mu funkcji "pop up", zwanej też instant, żeby nie musieć montować tych wszystkich rurek ;)

 

 

  

 

 

 

 

 

 

 

To takie "amerykańskie, i bardzo miłe : idąc promenadą widokową, natknęliśmy się na wejściu na bardzo gorącą, metalową część promenady, na taki oto wagonik, uwaga - specjalnie dla czworonogów. Skorzystaj, i zostaw go po drugiej stronie dla kolejnych kudłatych "turystów"


 

 

 

 


No cóż, jestem pewna, że każdy ma jakieś przygody, a czasem nawet każdy miewa pecha. Jak my. Ale trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę okoliczności przyrody, nasz pech nie był taki zły. Na lewo szamaragdowe jezioro, na prawo - urwiska i skaliste szczyty przypominające jako żywo nasze rodzinne Tatry Wysokie, ale jednak dostępne na wyciągnięcie ręki praktycznie z ulicy. Dzień Taty spędziliśmy właśnie w takich okolicznościach przyrody, czego chcieć więcej!

Ostatniego dnia, na który zresztą właśnie przypadał francuski oraz amerykański Dzień Taty, planowaliśmy trochę poplażować a w drodze do domu zaliczyć jakiś fajny szlak w górkach. Na plażę jednak nie udało nam się dostać - byliśmy tam o 12 i samochodów już nie wpuszczali ("parking full"), można było próbować znaleźć miejsce przy ulicy, ale by dojść do plaży trzeba było pokonać 2 mile w dół - a potem z powrotem, czyli w górę. Zrezygnowaliśmy. Tym bardziej, że Fifi od kilku dni skarżył się na ból głowy i tym podobne przypadłości - nie chcieliśmy go męczyć słońcem. Ha, za to w zamian wyruszyliśmy z nim na szlaki - nie wiem czy to był najrozsądniejszy wybór przy jego osłabieniu, ale w sumie to on zadecydował, więc tego się trzymaliśmy, uzgadniając że w razie czego po prostu zawracamy i jedziemy do domu.
Wybraliśmy szlak o nazwie Eagle Falls trail. Na wstępie było co prawda napisane, że aby dość do jeziora, potrzebny jest permit, ale jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Po przejściu obok wodospadów (jakieś 10 minut od wejścia) kontynuowaliśmy "przynajmniej kawałek", a ja spytałam pierwszych schodzących z góry turystów, na których się natknęliśmy, czy faktycznie potrzebny jest permit - i okazało się, że wcale nie. Gdybym posłuchała męża, nawet byśmy nie spróbowali tam dojść. A warto! 

Fakt, że szło się jakąś godzinę lub nieco ponad w jedną stronę, ale z chwili na chwilę robiło się bardziej malowniczo. Strome, skaliste zbocza, wielkie głazy, wysokie góry, strzeliste drzewa, zwalone ogromne pnie, wodospady, a na końcu Eagle lake - Jezioro Orle. 


 

 

  

 

 

 Woda w jeziorze bardzo zimna, ale całkiem przyjemna i czysta jak łza, w niej kąpiący się nieliczni śmiałkowie, dokoła okoliczne szczyty. Zupełnie jak w Tatrach, tylko bardziej dostępnie: i w tym sensie, że od ulicy zajęło nam to może raptem 1,5-2 godziny w jedną stronę, i zarazem w tym, że w Polsce w takim Morskim Oku nie ma szans na legalną kąpiel - a tu - proszę bardzo. Do wody wchodziły psy i co odważniejsze jednostki. Fifi kiedy już zanurzył nogę, nie chciał zupełnie wracać do samochodu. Niestety, mieliśmy przed sobą kilka godzin podróży autem do domu, a że on nie czuł się na 100% dobrze, trochę się baliśmy przedłużać tę frajdę i opóźniać moment powrotu do domu. Obiecałam mu wizytę w McDonaldzie - a zdarza nam się to tylko podczas road tripów - i wówczas trochę chętniej wytarł nogi i włożył skarpetki. 

Przyznaję, że i ja bardzo chętnie spędziłabym tam kolejną godzinę. W ogóle podczas naszych podróży brakuje mi takich dłuższych chwil nicnierobienia, "niepośpiechu".. Zwykle dokądś śpieszymy, gdzieś musimy zdążyć.


Kiedy schodzi się ze szlaku, dosłownie po drugiej stronie ulicy, poniżej jej poziomu, jest fajny wodospad spływający do Emerald Bay. Można sobie przy nim poleżeć, odpocząć, zanurzyć stopę - na najwyższej jego półce, tam gdzie jego wody dopiero wypływają z tunelu, w wodzie pluskają się dzieci. Jest miło i bezpiecznie, a do tego te widoczki..



Bardzo przyjemny Dzień Taty (mam nadzieję że Tata czuje identycznie). Dziecię się spisało, pomimo kiepskiego samopoczucia dawał radę i pokonywał kolejne przewyższenia. Swój chłop(ak)!

Tahoe, faktycznie różnorodne i piękne, i teraz trochę marzy mi się, by kiedyś jednak udało się zobaczyć je z perspektywy środka jeziora. Ale nawet jeśli tak się nie stanie, jestem już trochę przez nie "kupiona", i wierzę, że można się z nim zakochać.



Wróciliśmy do rzeczywistości zadowoleni, i spragnieni kąpieli.
Po powrocie, wieczorem, mąż kochany przytargał mi ze skrzynki pocztowej formularze do oddania głosu na nowego prezydenta Polski (który może okazać się starym "prezydentem", zależnie od wyboru większości..). Miałam szczęście, bo do niektórych papiery nie dotarły aż do samych wyborów, do innych dosłownie w ostatniej chwili. Ja mogłam dość spokojnie odesłać moją kartę zwykłą pocztą na drugi dzień po wypełnieniu formularza. Teraz czekamy na wyniki! Polsko. 


Nie zawalcie tego ludzie. To takie ważne, dla przyszłości mojego syna i waszych dzieci! Ich przyszłość jest w naszych rękach, nie schrzańmy tego 💚 


Nasz Fifi już wie, na kogo w związku z tym NIE głosowałam. Choć pewnie jeszcze długo nie będzie tego ogarniał. Ale niech sobie jest dzieckiem, póki może 😊



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz